Na początku był szept fal. I szum wiatru, z którym przyszła do mnie myśl o stworzeniu ceramiki inspirowanej morzem. 
Potem o swoje upomniała się ziemia. Kusiła miękkim dotykiem gliny pod palcami, intrygowała zmiennością form… 
Aż wreszcie pochłonął ją zazdrosny ogień i nadał jej stały kształt. Ale ta twardość i ostateczność nie podobała się wodzie. 
Oddała więc swoje barwy, by moja ceramika mogła wrócić do morza. Tam się przecież narodziła… 
Moja Artlantyda to nie mit. Możesz jej dotknąć i cieszyć oczy jej kolorami.